Jesteśmy zagrożeni niedoborem energii elektrycznej pomimo jej nadprodukcji.

Jak pokazał zbieg okoliczności sprzed tygodnia wystarczyło kilka czynników, aby płynność dostaw energii elektrycznej w Polsce była zagrożona.

Od lat polscy odbiorcy energii elektrycznej są zapewniani o tym, że nie ma takiej możliwości, aby w Polsce zabrakło prądu. Okazuje się, że wbrew temu, do czego przyzwyczaiły nas ostatnie lata zagrożeniem dla elektrowni jest nie tylko susza, która kilka lat temu dala się im we znaki, ale i obfite opady deszczu.

Całkowite zapotrzebowanie na energię elektryczną w Polsce wynosi ok. 20 GW.

W ubiegłym tygodniu szereg zdarzeń spowodował, że w naszym kraju brakowało aż 7 GW, czyli prawie 1/3 całkowitego zapotrzebowania.

Co dokładnie się wydarzyło?

Przede wszystkim problemy dotknęły elektrownię Bełchatów, w której doszło do zalania części taśmociągów z węglem, które trzeba było wyłączyć. W konsekwencji stanęły cztery bloki energetyczne. To jednak nie koniec problemów. Ponieważ z jednej strony elektrownię obowiązują limity emisji, z drugiej zaś otrzymuje ona zasiarczony w większym stopniu węgiel trzeba było zmniejszyć moc pozostałych bloków. Efekt: dalsze straty energii.

Problemy techniczne, tym razem już nie związane z pogodą miały także inne elektrownie: w nowym bloku elektrowni w Opolu miała miejsce awaria systemu odsiarczania węgla; w Elektrowni Kozienice z powodu awarii wyłączono dwa bloki energetyczne, zaś mniejsze problemy miały również elektrownie w Jaworznie, Łagiszy, Ostrołęce, Połańcu, Sierszy oraz elektrociepłownie w Rzeszowie, Włocławku i Siekierkach.

Wszystko razem złożyło się na wspomniany niedobór energii elektrycznej, który trzeba było uzupełnić importując ją z zagranicy. Źródłem okazały się sieci w Niemczech, Szwecji, Czechach, na Słowacji i Litwie, co dało około 3 GW, zaś pozostała ilość została uzyskana poprzez skorzystanie z na co dzień nie działających bloków w innych elektrowniach, oraz, jak podkreślono, „w niewielkim stopniu” ze źródeł OZE. Efekt serii awarii: gwałtowny wzrost cen na Runku Bilansującym, na którym z normalnej ceny około 200 zł za 1 MWh nagle zrobiło się prawie 1 300 zł.

Powyższa sytuacja stawia pod znakiem zapytania stan polskich elektrowni węglowych.

Tymczasem niedawno wiceminister klimatu Ireneusz Zyska, który odpowiada za sektor OZE informował o tym, że łączna moc wszystkich tych źródeł osiągnęła niemal 10 GW. Jest to jednocześnie łączna moc elektrowni w Bełchatowie, Opolu i Turowie. Wchodząc w szczegóły można posłużyć się danymi Urzędu Regulacji Energetyki, zgodnie z którymi pod koniec roku 2019 tak wyglądała w Polsce struktura produkcji energii elektrycznej z OZE:

  • wiatr: 5,917 GW
  • biomasa: 1,493 GW
  • woda: 0,973 GW
  • słońce: 0,478 GW
  • biogaz: 0,245 GW

W porównaniu do poprzedniego roku w największym stopniu wzrosła ilość energii produkowanej z energii słonecznej, wzrost ten wyniósł aż 225%. Na dalszych miejscach pod względem wzrostów uplasowała się biomasa, niewielki natomiast wzrost odnotowano w odniesieniu do energii wiatrowej oraz biogazu. Jedynie w przypadku elektrowni wodnych zanotowano nieznaczny spadek. 

URE poinformował o ilości instalacji zainstalowanych w Polsce :

  • wiatr: 1207
  • słońce: 1104
  • woda: 771
  • biogaz: 317
  • biomasa 52

Źródła OZE nadal stanowią jednak tylko kilkanaście procent polskiego miksu energetycznego, w którym nadal największe znaczenie mają elektrownie węglowe, jest to około 70%. 

Co jeżeli nie tradycyjne elektrownie węglowe oraz OZE?

W ostatnim czasie coraz częściej mówi się w Polsce o możliwości budowy elektrowni atomowej. Zgodnie z oficjalnymi podawanymi informacjami, głównie przez ministra aktywów państwowych Jacka Sasina moc takiej instalacji miałaby wynieść 6-9 GW, przy czym koszt takiej inwestycji miałby się wstępnie zamknąć w kwocie 100-135 mld zł. Natomiast z podróży do USA prezydent Andrzej Duda przywiózł wiadomość, że polska elektrownia atomowa miałaby powstać właśnie we współpracy ze Stanami Zjednoczonymi.